Z samochodu nagrała rolkę na Tik Toka: gruzy, jamy, sterczące kominy i piece po domach. Miasto, które chwilę temu pachniało i kwitło, zniknęło. Do dziś Luba nie wierzy, że to wszystko się wydarzyło. Od trzech lat żyje, jakby nie swoim życiem.
Nie wyjechała z Czernihowa od razu. Miała misję. Kilkadziesiąt osób w piwnicy, dzieci, starcy, chorzy. Luba z siostrą były obrotne i sprawne, więc obsługiwały cały schron. Zupa, herbata, ziemniaki i woda. Każdego dnia. Nauczyły się gotować z niczego, myć w kropli wody i w kropli wody robić pranie. Chłopak Luby rozwoził leki na rowerze, gdy nie działały apteki. On widział to miasto, jak znika. Ona tylko słyszała.
Raz z dzieciakami, które miały z siostrą pod opieką, poszły pożyć normalnie, na górę, do mieszkania. Dzieci grały w statki, Luba z siostrą robiły obiad. Syrena, huk, wybuch, wszystko na raz, całkiem blisko. Dzieci zdążyły tylko podnieść zeszyty na wysokość twarzy.
Bomby spadały obok, 200 metrów, czasem 300. W teatr, przychodnię dziecięcą, w hotel “Ukraina”. Luba z siostrą i dziećmi chciały wyjechać, ale nie było jak. Granica: 40 kilometrów, od północy Białoruś i Rosja. Od południa - rzeka Desna i szeroki Dniepr. Jedyna możliwa droga - na Kijów, przez most, w kiepskim stanie.
Każde z nich niosło po dwa plecaki: ona, siostra i dwoje dzieci. Życie w dwóch plecakach na głowę. Chociaż jak uciekały przed ostrzałem, stwierdziły, że trzeba było spakować się w jeden.
Wyjechały z Czernihowa w kwietniu 2022 r., gdy zrobiło się trochę spokojniej. Niedaleko, do rodzinnego domu. Przez cały ten czas w Czernihowie Luba marzyła żeby przytulić się do mamy. W domu było wszystko: bliscy, ciepła woda, zapach jedzenia.
Z przyzwyczajenia spała w ubraniu przez miesiąc.
Potem mama zmarła, a jej, Lubie, urodził się syn, Romczyk. Jesienią 2024 r. nad ich głowami zaczęły latać tabuny szahedów. Najpierw w głąb Ukrainy, a potem coraz bliżej, na ulicę obok i do sąsiednich ogrodów.
Każdy wieczór wyglądał tak samo: ciemno, brak prądu, alarm rakietowy. Luba słyszała turkot, podchodziła do okna, sprawdzała gdzie leci. Tego razu szybko odskoczyła. Dobrze, że chwilę wcześniej zaczęła znosić pod piec poduszki i koce. Romczyk zaczął tam wbiegać, bawić się, oglądać bajki.
Odtąd co noc spali pod piecem, przytuleni kurczowo. Najpierw leciał jeden szahed, potem drugi. A potem trzeci. I tak do rana. Nazajutrz znowu. Ale piec, komin miały wytrzymać. Piece i kominy wytrzymują najwięcej.
Czasem zdarzała się noc z ciszą. Wtedy Luba się trzęsła. Za luty i marzec 2022 r., za Czernihów i za całe trzy lata. Co, jeśli znów będzie gorzej? Jak chronić małego Romka i jego życie?
Następną noc polowała na bilety. Już w pociągu do Polski zadzwoniła do cioci żeby zajęła się obejściem. Wtedy też znalazła Dom Ukraiński w Instagramie. Napisała i dostała odpowiedź, że na dworcu w Przemyślu pomogą jej ze wszystkim.
Pomogli. Najpierw w hostelu na Basztowej: poduszka, psycholog, lekarz, pokój dziecięcy. Potem w hostelu na Szykowskiego, gdzie z synem mają pokój, dostęp do kuchni, ciepłe posiłki, ogród i plac zabaw.
Chłopiec zgrabnie wdrapuje się na zjeżdżalnię, jest szybki, ma bystre oczy. Od września pewnie pójdzie do polskiego przedszkola. Luba patrzy ze wzgórza w stronę Ukrainy i zastanawia się, czy wschodni wiatr może nieść dźwięk wybuchów.
Za chwilę przeprowadzi się do wynajętego mieszkania. Potrzebuje wszystkiego, ale to nic, bo tu jest spokojnie i to najważniejsze. Teraz jej misja to Romczyk i jego ochrona.
—
Pomoc dla takich osób jak Luba w Narodnyj dim - Dom Ukraiński jest możliwa dzięki współpracy z CARE, PFM, UNHCR, PCPM, Terre des hommes, Fundacja im. Stefana Batorego
Wspieraj nasze działania: https://narodnyjdim.pl/wesprzyj-nas